Promocja produktów oparta na marketingu wirusowym i ARG (alternate reality game - gra rzeczywistości alternatywnej) znana jest od dobrych kilku lat. Wystarczy wspomnieć takie projekty jak The Beast czy chyba szerzej znane I Love Bees, promujące grę Halo 2. Wykorzystanie ARG to fajny pomysł, który przy stosunkowo niskich nakładach finansowych świadczy o zainteresowaniu odbiorcami - podsyca zainteresowanie i dodaje smaczku, pozwalając wszystkim geekom podskakiwać w fotelach z niecierpliwości. Oczywiście Japończykom to nie wystarczyło. Ponieważ augmented reality (AR, rzeczywistość rozszerzona) to najnowszy temat na punkcie którego można dostawać obsesji, postanowili skorzystać z aktualnych możliwości technologicznych i wykorzystać AR do reklamowania serii anime.
AR to nie nowy pomysł, ale jak to w przypadku wielu takich pomysłów bywa, musiał odczekać swoje, występując jako futurystyczna dekoracja w książkach science fiction, zanim stało się technologicznie możliwe wprowadzenie go w życie. Polega na wirtualnym uzupełnieniu rzeczywistości fizycznej. Aplikacja, którą wykorzystali Japończycy nazywa się pin@clip i jest napisana na iPhone'a i iPoda Touch. Korzysta z kamery, GPS, sensorów ruchu i kompasu. Po uruchomieniu aplikacji można skierować ją w dowolną stronę, żeby uzyskać obraz otoczenia na ekranie. Następnie aplikacja wzbogaca obraz o odpowiednie tagi - informacje, które wyświetlają się we właściwych miejscach. W przypadku promocji anime Dennō Coil mają postać komiksowych chmurek, które wyświetlają informacje związane z serią - na przykład gdzie można kupić promocyjne gadżety. W gruncie rzeczy, jest to więc coś w rodzaju zhipertekstualizowania rzeczywistości. Ma to sporo sensu, bo sama seria anime porusza wątki związane z AR, umieszczając bohaterów w podwójnej rzeczywistości - fizycznej, oraz rozszerzonej.
Ta sama aplikacja zostanie wykorzystana również w innej kampanii reklamowej - anime Doreamon: Nobita's Great Merman Sea Battle. Podczas tej kampanii na ekranie iPhone'a lub iPoda Touch będzie można zobaczyć Tokio pod wodą, oraz wyszukiwać odpowiednie miejsca, które pozwolą na przedpremierowe podejrzenie fragmentów filmu.
Obie kampanie będą działać wyłącznie na terenie Tokio.
Źródło: animenewsnetwork.com
28.12.09
21.12.09
minus jeden wymiar Avatara
Podczas premiery "Avatara" w wersji 3D w Niemczech, w niektórych kinach nie odbyła się projekcja "Avatara". Wina leży po stronie DRM. Wygląda na to, że film był zabezpieczony tak dobrze, że nawet uprawnione do tego placówki i osoby nie były w stanie poradzić sobie z rozkodowaniem filmu. Widzom zaproponowano rezygnację z jednego wymiaru i obejrzenie seansu w 2D lub zwrot pieniędzy.
DRM znany jest z tego, że wkurza i zebrał już wystarczającą ilość komentarzy od użytkowników mediów. To sprytna, oparta na kryptografii, metoda zabezpieczania mediów elektronicznych przed wykorzystaniem w sposób sprzeczny z intencjami wydawcy. W efekcie bywa, że gry nie nadają się do grania (jak to było w przypadku niektórych publikacji Electronic Arts) a właściciel płyty audio nie może zgrać jej na swój przenośny odtwarzacz. Nic dziwnego, że nawet przeciętnego użytkownika mediów może to doprowadzić do szału. Fanów, którzy od tygodni czekali na premierę "Avatara", prawdopodobnie trafił szlag. Wydaje się zrozumiałe, że producenci i dystrybutorzy pragną zabezpieczyć swoje dane przed kradzieżą, ale może powinni zastanowić się nad tym, co jest ważniejsze - zabezpieczenie danych czy udostępnianie ich tym, którzy uczciwie za nie zapłacili?
Źródło: gazeta.pl
DRM znany jest z tego, że wkurza i zebrał już wystarczającą ilość komentarzy od użytkowników mediów. To sprytna, oparta na kryptografii, metoda zabezpieczania mediów elektronicznych przed wykorzystaniem w sposób sprzeczny z intencjami wydawcy. W efekcie bywa, że gry nie nadają się do grania (jak to było w przypadku niektórych publikacji Electronic Arts) a właściciel płyty audio nie może zgrać jej na swój przenośny odtwarzacz. Nic dziwnego, że nawet przeciętnego użytkownika mediów może to doprowadzić do szału. Fanów, którzy od tygodni czekali na premierę "Avatara", prawdopodobnie trafił szlag. Wydaje się zrozumiałe, że producenci i dystrybutorzy pragną zabezpieczyć swoje dane przed kradzieżą, ale może powinni zastanowić się nad tym, co jest ważniejsze - zabezpieczenie danych czy udostępnianie ich tym, którzy uczciwie za nie zapłacili?
Źródło: gazeta.pl
15.12.09
Australia bez przemocy
Prawicowi Australijczycy chyba znaleźli w Internecie coś, co im się nie spodobało, bo wpadli na pomysł ocenzurowania Internetu. Planowane jest blokowanie stron zawierających przemoc i dziecięcą pornografię. Lista takich stron tworzona byłaby przez specjalną komisję na podstawie zażaleń składanych przez samych użytkowników Internetu. Ponadto providerzy mieliby dostawać specjalne dofinansowanie, gdyby chcieli wprowadzać w swoich sieciach dodatkowe filtry. To na razie (na szczęście!) tylko projekt. Przede wszystkim zastanawia zasadność wydawania pieniędzy na takie akcje - w końcu kto chce, ten i tak znajdzie i nawet nie będzie się musiał w tym celu zmęczyć. Możliwe więc, że projekt odpadnie w głosowaniu, które ma się odbyć w sierpniu 2010 roku. Niemniej konkurs na to, która z tak zwanych zachodnich demokracji wprowadzi cenzurę Internetu, został rozpoczęty.
Źródło: Google news
Źródło: Google news
Rząd 2.0
Podczas gdy francuscy politycy wpadają w panikę, gdy źle się o nich mówi w Internecie i walczą z problemem za pomocą pozwów o zniesławienie, rząd australijski wpadł na lepszy pomysł. Zażądał raportu na temat nowych technologii komunikacyjnych i wywnioskował z niego, że zamiast z nimi walczyć lub uważać je za stratę czasu, lepiej jest je wykorzystać. Zdumiewające, ale z raportu wynika, że korzystanie z dobrodziejstw Web 2.0 owocuje wsparciem i konstruktywnymi uwagami, oraz możliwością przedyskutowania nowych pomysłów. Wszystkie agencje publiczne są więc teraz zachęcane do intensywnego korzystania z możliwości komunikacyjnych Internetu, takich jak poczta dostępna z poziomu przeglądarki, komunikatory, możliwość dzielenia dokumentów, a nawet Facebook, blogi i Twitter.
Szczytna idea, szczególnie, że podobno pracujący nad raportem pracownicy nie mieli dostępu do komunikatorów, choć z pewnością przydałyby im się w pracy. A na apel o wykorzystanie serwisów społecznościowych jeden z pracowników rządowych odparł, że pomysł może i dobry, ale tam gdzie on pracuje, korzystanie z Facebooka, Twittera i YouTube jest zabronione...
Źródło: news.com.au
Szczytna idea, szczególnie, że podobno pracujący nad raportem pracownicy nie mieli dostępu do komunikatorów, choć z pewnością przydałyby im się w pracy. A na apel o wykorzystanie serwisów społecznościowych jeden z pracowników rządowych odparł, że pomysł może i dobry, ale tam gdzie on pracuje, korzystanie z Facebooka, Twittera i YouTube jest zabronione...
Źródło: news.com.au
14.12.09
Życie po śmierci...
...to temat na długie dyskusje. Można spierać się o to, czy jest czy go nie ma, a jeśli jest - to jak wygląda. Powiem wam, jak wygląda. Gdy ktoś umiera, jego konto pocztowe nadal odbiera wiadomości, blog nadal trwa w sieci i wszystkie linki są aktywne; kiedy ktoś umiera nie znika magicznie z listy kontaktów twittera czy blipa a na facebooku wciąż można pisać do niego wiadomości, podczas gdy system zachęca do dodania go do przyjaciół lub odświeżenia kontaktu.
Niektóre firmy zajmujące się organizacja pogrzebów podejmują się też wysyłania maili informujących o zgonie do wszystkich zapamiętanych w książce adresowej - czynność, która dla najbliższych może okazać się zbyt trudna. Ktoś w Szwecji poszedł jednak po rozum do głowy i stworzył projekt My Webwill, którego celem jest wypełnić wolę zmarłego dotyczącą wszystkich aspektów jego działalności internetowej. Serwis, którego próbna wersja zaczyna działać w Szwecji i Stanach Zjednoczonych w tym miesiącu, ma umożliwić użytkownikom stworzenie wirtualnego testamentu. Podstawowa wersja konta jest darmowa i obejmuje deaktywację do 10 kont internetowych oraz powiadomienie do 5 adresów mailowych. Bardziej złożone instrukcje można wydać, jeśli wykupi się konto płatne. Podczas konstruowania internetowego testamentu należy oczywiście podać wszystkie niezbędne loginy i hasła. Poinformowane o zgonie, My Webwill skorzysta z tych informacji, żeby zalogować się na odpowiednie konta i wypełnić wolę zmarłego.
Po wstępnych testach w Szwecji i USA w tym miesiącu, My Webwill ma zacząć działać pełną parą na początku przyszłego roku, rozszerzając zasięg na Wielka Brytanię i Niemcy. Twórcy serwisu planują rozszerzyć działalność na kolejne kraje w maju 2010 roku.
Niektóre firmy zajmujące się organizacja pogrzebów podejmują się też wysyłania maili informujących o zgonie do wszystkich zapamiętanych w książce adresowej - czynność, która dla najbliższych może okazać się zbyt trudna. Ktoś w Szwecji poszedł jednak po rozum do głowy i stworzył projekt My Webwill, którego celem jest wypełnić wolę zmarłego dotyczącą wszystkich aspektów jego działalności internetowej. Serwis, którego próbna wersja zaczyna działać w Szwecji i Stanach Zjednoczonych w tym miesiącu, ma umożliwić użytkownikom stworzenie wirtualnego testamentu. Podstawowa wersja konta jest darmowa i obejmuje deaktywację do 10 kont internetowych oraz powiadomienie do 5 adresów mailowych. Bardziej złożone instrukcje można wydać, jeśli wykupi się konto płatne. Podczas konstruowania internetowego testamentu należy oczywiście podać wszystkie niezbędne loginy i hasła. Poinformowane o zgonie, My Webwill skorzysta z tych informacji, żeby zalogować się na odpowiednie konta i wypełnić wolę zmarłego.
Po wstępnych testach w Szwecji i USA w tym miesiącu, My Webwill ma zacząć działać pełną parą na początku przyszłego roku, rozszerzając zasięg na Wielka Brytanię i Niemcy. Twórcy serwisu planują rozszerzyć działalność na kolejne kraje w maju 2010 roku.
13.12.09
Czy Napoleon też bałby sie internetu?
"Internet jest zagrożeniem dla demokracji" - powiedział w wywiadzie radiowym Jean-François Copé, marszałek francuskiego sejmu. Podejrzewam, że nie tylko mnie to śmiałe stwierdzenie wprowadziło w stan najwyższego zdumienia. Okazuje się jednak, że Copé ma swoje powody. Członkowie francuskiego rządu borykają się bowiem z uczuciem głębokiego zmieszania, skrępowania i zawstydzenia w związku z komentarzami jakie na ich temat pojawiają się w Internecie. Okazało się (niespodzianka!), że informacje dotyczące działań poszczególnych polityków a także niektóre ich wypowiedzi, są publikowane w Internecie i że czytelnicy (o zgrozo) wypowiadają się na ich temat, w tym także niepochlebnie. W związku z tym pan Copé martwi się, że korzystanie z Internetu przyczynia się do powstawania i rozpowszechniania błędnych informacji.
Okazuje się, że nie tylko pan Copé martwi się tą sprawą. New York Times w artykule poświęconym temu tematowi podaje przykład pani Broueilh, która wyłapała nieścisłość w wypowiedzi Nadine Medano, francuskiej sekretarz stanu. Pani Broueilh zostawiła więc komentarz pod nagraniem w którym w dość niefortunnym doborze słów nazwała Medano kłamcą. Podpisała się pseudonimem, więc bardzo się zdziwiła gdy zadzwoniła do niej policja i została oskarżona o zniesławienie członka rządu. Nadine Medano, bliski współpracownik Sarkozy'ego, zażądała ujawnienia numeru IP pani Broueilh, uzyskała jej dane osobiste i tym samym była w stanie oskarżyć ją o zniesławienie.
Wstrząśnięci ilością negatywnych komentarzy w internecie, członkowie francuskiego rządu podjęli wiele podobnych działań. To taka kontrofensywa, w odpowiedzi na podstępne uderzenie Internetu.
Henri Guaino, jeden z najbliższych współpracowników prezydenta Sarkozy'ego, jest przerażony tym, że każdy jego ruch i każde jego słowo jest śledzone i oceniane. Internet pozbawia polityków towarzyszącego im dotąd niezmiennie nimbu świętości. Przestają być klasą niedotykalną i schodzą z piedestału na ziemię, gdzie muszą mierzyć się z ludźmi, którymi rządzą. Przestrzeń pomiędzy politykiem a obywatelem się zmniejsza. Pan Guaino nie uważa, żeby było to słuszne. Pan Guaino się boi.
W starciu francuscy politycy - Internet można odnotować przynajmniej jedno zwycięstwo dla tych pierwszych. Pani Broueilh nie zostawia już komentarzy pod filmikami w Internecie. Tyczasem, według New York Times, prezydent Sarkozy codziennie dostaje raport dotyczący tego, o czym i co mówi się w Internecie. Dzięki temu jego biuro ma być w stanie odpowiednio zareagować w przypadku komentarzy wyrażanych niewystarczająco dyplomatycznie.
Źródło: NYTimes
Okazuje się, że nie tylko pan Copé martwi się tą sprawą. New York Times w artykule poświęconym temu tematowi podaje przykład pani Broueilh, która wyłapała nieścisłość w wypowiedzi Nadine Medano, francuskiej sekretarz stanu. Pani Broueilh zostawiła więc komentarz pod nagraniem w którym w dość niefortunnym doborze słów nazwała Medano kłamcą. Podpisała się pseudonimem, więc bardzo się zdziwiła gdy zadzwoniła do niej policja i została oskarżona o zniesławienie członka rządu. Nadine Medano, bliski współpracownik Sarkozy'ego, zażądała ujawnienia numeru IP pani Broueilh, uzyskała jej dane osobiste i tym samym była w stanie oskarżyć ją o zniesławienie.
Wstrząśnięci ilością negatywnych komentarzy w internecie, członkowie francuskiego rządu podjęli wiele podobnych działań. To taka kontrofensywa, w odpowiedzi na podstępne uderzenie Internetu.
Henri Guaino, jeden z najbliższych współpracowników prezydenta Sarkozy'ego, jest przerażony tym, że każdy jego ruch i każde jego słowo jest śledzone i oceniane. Internet pozbawia polityków towarzyszącego im dotąd niezmiennie nimbu świętości. Przestają być klasą niedotykalną i schodzą z piedestału na ziemię, gdzie muszą mierzyć się z ludźmi, którymi rządzą. Przestrzeń pomiędzy politykiem a obywatelem się zmniejsza. Pan Guaino nie uważa, żeby było to słuszne. Pan Guaino się boi.
W starciu francuscy politycy - Internet można odnotować przynajmniej jedno zwycięstwo dla tych pierwszych. Pani Broueilh nie zostawia już komentarzy pod filmikami w Internecie. Tyczasem, według New York Times, prezydent Sarkozy codziennie dostaje raport dotyczący tego, o czym i co mówi się w Internecie. Dzięki temu jego biuro ma być w stanie odpowiednio zareagować w przypadku komentarzy wyrażanych niewystarczająco dyplomatycznie.
Źródło: NYTimes
4.12.09
arr! pirates!
O piractwie w Internecie pisało się już wiele, żeby nie powiedzieć - do obrzydzenia. Nic z tego nigdy nie wynika. Wiadomo, że media, jako producenci informacji, są przeciw, a to one wszak dyktują, co trafi do sfery publicznej dyskusji, a co nie. Artyści są podzieleni, z czego większość w ogóle nie wydaje się nad tym zastanawiać. Piraci zaś są oczywiście za piraceniem. Nie zapowiada się, żeby w tym podziale sił coś się zmieniło. Jednak co innego własne zdanie, a co innego jawna niesprawiedliwość.
Magazyn Metro ogłosił konkurs na vlepkę dotyczącą tematyki piractwa. Vlepka miała opowiadać się po jednej ze stron, czyli być albo antypiracka, albo propiracka. Zgłosiło się około setki uczestników i zdecydowana większość przysłała projekty w duchu antypirackim. Nie wnikam w to, czy to dlatego, że tak rozkładają się głosy w społeczeństwie, czy po prostu co rozsądniejsze osoby uznały, że propirackie vlepki i tak nie mają szans na wygraną. Dość, że jury wyłoniło kilku zwycięzców z kategorii vlepek antypirackich, po czym odmówiło przyznania nagród w kategorii vlepek propirackich. Cytacik:
Artykuł w Metrze na temat konkursu
Bonus track:
Żeby zrównoważyć histerię Kazika, "Idźcie i ściągajcie", mówi Nergal.
Magazyn Metro ogłosił konkurs na vlepkę dotyczącą tematyki piractwa. Vlepka miała opowiadać się po jednej ze stron, czyli być albo antypiracka, albo propiracka. Zgłosiło się około setki uczestników i zdecydowana większość przysłała projekty w duchu antypirackim. Nie wnikam w to, czy to dlatego, że tak rozkładają się głosy w społeczeństwie, czy po prostu co rozsądniejsze osoby uznały, że propirackie vlepki i tak nie mają szans na wygraną. Dość, że jury wyłoniło kilku zwycięzców z kategorii vlepek antypirackich, po czym odmówiło przyznania nagród w kategorii vlepek propirackich. Cytacik:
- Spakowałbym je i odesłał rodzicom autorów, żeby sobie uświadomili, jak bardzo zagubione są ich dzieci - mówił wprost Adam Radoń. Jego zdaniem, ściągający niesłusznie zyskali romantyczne miano piratów. - To złodzieje, przestępcy. Nie mogę oceniać, czy ich vlepki są ładne, bo to tak, jakby oceniać, czy morderca zabił ładnym czy brzydkim nożem.Metro zachowało dość przyzwoitości, żeby wyróżnić zgodnie ze swoim zobowiązaniem również twórców vlepek propirackich, ale wstrzymało się od przyznania głównej nagrody. Szanownemu jury można zaś przypomnieć, że praworządność, jeśli szczera, powinna być konsekwentna. Niespodzianka: przyklejanie vlepek w większości miejsc publicznych jest nielegalne. To jak? Zaśmiecać przestrzeń publiczną można, a ściągać z Internetu nie?
Artykuł w Metrze na temat konkursu
Bonus track:
Żeby zrównoważyć histerię Kazika, "Idźcie i ściągajcie", mówi Nergal.
1.12.09
Turecki Internet Narodowy
Jestem właśnie w trakcie czytania "Cyberii", w której Rushkoff tłumaczy, że siła Internetu w gruncie rzeczy polega na jego wspólnotowości, na umożliwieniu komunikacji tak uniwersalnej jak to tylko współcześnie możliwe - bez ograniczeń geograficznych, czasowych, wiekowych, związanych ze statusem społecznym, narodowością, etc. Ale "Cyberia" ukazała się w 1994 roku, piętnaście lat temu. Dzisiaj dla odmiany miałam okazję przeczytać o działaniach tureckiego rządu, planującego swoiste unarodowienie Internetu. Całość artykułu do przeczytania tutaj. W skrócie:
Przez mniej więcej dwie nanosekundy podobał mi się pomysł obdarzenia każdego obywatela łaską Internetu w postaci dziesięcio-gigabajtowego konta. Potem mi przeszło.
W swoim komentarzu dla Foreign Policy, Morozov grzmi, że jedynym, co stoi za działaniami tureckiego rządu to próba przejęcia kontroli. Google, jak wiadomo, jest duże a zatem niezbyt skłonne do negocjacji. Dużo łatwiej kontrolować lokalne, małe wyszukiwarki czy serwisy mailowe. A gdy wyszukiwarka i konta należą do państwa - to dopiero wygoda! I chociaż ciężko wyobrazić sobie, że jakas lokalna w założeniu wyszukiwarka miałaby pobić Google, dowodzący projektem Tayfun Acarer może mieć rację gdy mówi, że turecką wyszukiwarką będą zachwycone również inne kraje muzułmańskie. Dlaczego? Bo będą w nią wpisane wzory kulturowe świata islamu, podsumowane zgrabnie jako "better editorial judgment" (lepsza ocena zawartości), co w gruncie rzeczy sprowadza się do tego, że wyszukiwarka będzie wiedziała, jakie strony ma omijać podając wyniki wyszukiwania. Biorąc pod uwagę różnice kulturowe i zachowawczy charakter większości krajów muzułmańskich, zaopatrzona w odpowiednie filtry wyszukiwarka rzeczywiście ma szanse powodzenia. Szczególnie, że większość użytkowników nie zastanawia się nad tym, jakiej wyszukiwarki czy konta używa. Korzystają z tego, co jest pod ręką. A za to, co sie pod ich ręką znajdzie, odpowiadają dobre akcje marketingowe i pieniądze. Jak by na to nie spojrzeć, utopijnej Cyberii to nie przypomina. Ciekawe kiedy zaczną powstawać rasowe kawałki Internetu? I jak by wyglądał Polski Internet Narodowy?
- Turcja pracuje nad własną wyszukiwarką internetową
- Rząd turecki planuje przyznać każdemu obywatelowi bez wyjątku konto e-mailowe, wliczając w to niemowlęta. Mają nawet pojawić się nowe certyfikaty urodzin, które będą zawierały specjalne pole na adres e-mail.
Przez mniej więcej dwie nanosekundy podobał mi się pomysł obdarzenia każdego obywatela łaską Internetu w postaci dziesięcio-gigabajtowego konta. Potem mi przeszło.
W swoim komentarzu dla Foreign Policy, Morozov grzmi, że jedynym, co stoi za działaniami tureckiego rządu to próba przejęcia kontroli. Google, jak wiadomo, jest duże a zatem niezbyt skłonne do negocjacji. Dużo łatwiej kontrolować lokalne, małe wyszukiwarki czy serwisy mailowe. A gdy wyszukiwarka i konta należą do państwa - to dopiero wygoda! I chociaż ciężko wyobrazić sobie, że jakas lokalna w założeniu wyszukiwarka miałaby pobić Google, dowodzący projektem Tayfun Acarer może mieć rację gdy mówi, że turecką wyszukiwarką będą zachwycone również inne kraje muzułmańskie. Dlaczego? Bo będą w nią wpisane wzory kulturowe świata islamu, podsumowane zgrabnie jako "better editorial judgment" (lepsza ocena zawartości), co w gruncie rzeczy sprowadza się do tego, że wyszukiwarka będzie wiedziała, jakie strony ma omijać podając wyniki wyszukiwania. Biorąc pod uwagę różnice kulturowe i zachowawczy charakter większości krajów muzułmańskich, zaopatrzona w odpowiednie filtry wyszukiwarka rzeczywiście ma szanse powodzenia. Szczególnie, że większość użytkowników nie zastanawia się nad tym, jakiej wyszukiwarki czy konta używa. Korzystają z tego, co jest pod ręką. A za to, co sie pod ich ręką znajdzie, odpowiadają dobre akcje marketingowe i pieniądze. Jak by na to nie spojrzeć, utopijnej Cyberii to nie przypomina. Ciekawe kiedy zaczną powstawać rasowe kawałki Internetu? I jak by wyglądał Polski Internet Narodowy?
26.11.09
Idoru
W 1997 roku William Gibson opublikował powieść Idoru. Jeden z jej bohaterów, podstarzały rockman Rez, pragnął poślubić swoją ukochaną, Rei Toei. Sprawa byłaby prosta, gdyby nie fakt, że Rei Toei nie była człowiekiem, ale wirtualną gwiazdą, tytułową idoru, stworzoną i istniejącą wyłącznie w rzeczywistości wirtualnej.
Japończycy podejmowali kilka prób stworzenia takich postaci. Miały swoje piosenki, teledyski, programy w telewizji. Zwykle jednak okazywało się, że współczesne możliwości technologiczne są niewystarczające lub zbyt drogie, żeby tego typu projekt utrzymać przy życiu przez dłuższy okres czasu.
Okazuje się jednak, że tak wyrafinowane środki nie są potrzebne. Do stworzenia dobrej postaci z którą identyfikować się będą tłumy, nie potrzeba nawet animacji 3D. Japończycy wiedzą o tym lepiej od kogokolwiek innego - na tej koncepcji opierają się wszystkie japońskie gry randkowe. Tysiące otaku obsesyjnie grają i zbierają wszelkie możliwe materiały powiązane z grą i aktualną ukochaną bohaterką. Ale obsesyjne oglądanie grafik postaci, pisanie fanficów i spędzanie bezsennych nocy na graniu to jedno, a prawdziwe oddanie i wirtualna monogamia to drugie. Technologia nadal nie pozwala na ostateczne splecenie wirtualnego z rzeczywistym. Ale tam gdzie zawodzi technologia, pomaga miłość. Chociaż brzmi to tkliwie i abstrakcyjnie, tak właśnie rozumował niejaki Sal9000, który w ostatnią niedzielę, 22 listopada 2009 roku, poślubił Nene Anegasaki, bohaterkę gry Love Plus na Nintendo DS.
Nene wygląda tak:
Ceremonię zaślubin można było oglądać w Internecie. Wszystko odbyło się jak należy, łącznie z toastami wzniesionymi zarówno przez prawdziwego przyjaciela pana młodego jak i wirtualną przyjaciółkę panny młodej. Nie jestem pewna, jak rozwiązano problem rzucania bukietem.
Skrócony reportaż z ceremonii:
Więcej informacji na Boing Boing, oczywiście.
Przy okazji - wszystkiego najlepszego dla młodej pary!
Japończycy podejmowali kilka prób stworzenia takich postaci. Miały swoje piosenki, teledyski, programy w telewizji. Zwykle jednak okazywało się, że współczesne możliwości technologiczne są niewystarczające lub zbyt drogie, żeby tego typu projekt utrzymać przy życiu przez dłuższy okres czasu.
Okazuje się jednak, że tak wyrafinowane środki nie są potrzebne. Do stworzenia dobrej postaci z którą identyfikować się będą tłumy, nie potrzeba nawet animacji 3D. Japończycy wiedzą o tym lepiej od kogokolwiek innego - na tej koncepcji opierają się wszystkie japońskie gry randkowe. Tysiące otaku obsesyjnie grają i zbierają wszelkie możliwe materiały powiązane z grą i aktualną ukochaną bohaterką. Ale obsesyjne oglądanie grafik postaci, pisanie fanficów i spędzanie bezsennych nocy na graniu to jedno, a prawdziwe oddanie i wirtualna monogamia to drugie. Technologia nadal nie pozwala na ostateczne splecenie wirtualnego z rzeczywistym. Ale tam gdzie zawodzi technologia, pomaga miłość. Chociaż brzmi to tkliwie i abstrakcyjnie, tak właśnie rozumował niejaki Sal9000, który w ostatnią niedzielę, 22 listopada 2009 roku, poślubił Nene Anegasaki, bohaterkę gry Love Plus na Nintendo DS.
Nene wygląda tak:
Ceremonię zaślubin można było oglądać w Internecie. Wszystko odbyło się jak należy, łącznie z toastami wzniesionymi zarówno przez prawdziwego przyjaciela pana młodego jak i wirtualną przyjaciółkę panny młodej. Nie jestem pewna, jak rozwiązano problem rzucania bukietem.Skrócony reportaż z ceremonii:
Więcej informacji na Boing Boing, oczywiście.
Przy okazji - wszystkiego najlepszego dla młodej pary!
24.11.09
tweet tweet
Założę się, że tego akurat nikt się nie spodziewał. All Things Digital, jeden z działów The Wall Street Journal donosi o przypadku człowieka aresztowanego za nie używanie twittera. Jeden z organizatorów koncertu został poproszony o odwołanie występu nastoletniej gwiazdy i rozpędzenie tłumu, który zrobił się zbyt agresywny. Dokładny opis sprawy tutaj. Jest o tyle zabawna, że
Teraz czekam, aż polskie służby porządkowe zaczną wysyłać blipy do pseudokibiców. "Proszę się rozejść! Opór jest bezcelowy!"
- nieszczęsny człowiek twittera użył zgodnie z pomysłem policji, tyle, że za późno
- jak słusznie zauważa Peter Kafka, nawet twitter nie da rady gdy tłum szaleje
Teraz czekam, aż polskie służby porządkowe zaczną wysyłać blipy do pseudokibiców. "Proszę się rozejść! Opór jest bezcelowy!"
Subskrybuj:
Posty (Atom)